Narcyz, którego nigdy nie ma w gabinecie

Słowo „narcyz" prawie zawsze dotyczy kogoś, kogo w gabinecie nie ma. Rzadko stawiamy diagnozę, częściej wydajemy wyrok. O tym, czemu naprawdę służy ta etykieta, dlaczego popularne modele narcyzmu są słabiej uzasadnione, niż się sądzi, i co to znaczy, gdy sięgają po nią sami terapeuci.

Share
Narcyz, którego nigdy nie ma w gabinecie

Słowo „narcyz" pada w moim gabinecie często. Prawie zawsze dotyczy kogoś, kogo w tym gabinecie nie ma.

Mówi je osoba, która przyszła. Która cierpi, próbuje zrozumieć, co się jej przydarzyło, i szuka nazwy dla tej krzywdy. „Narcyz" to z reguły była partnerka, partner, ojciec, szef, matka. Ktoś nieobecny, opisany jednym rzeczownikiem przez kogoś obecnego. Diagnozowany jest gramatycznym dopełnieniem, rzadko podmiotem rozmowy.

To nie jest przypadek. To słowo wykonuje konkretną pracę, i ta praca polega właśnie na tym, żeby kogoś w gabinecie nie było. Po pojęcie narcyzmu sięgamy najczęściej nie po to, żeby coś zrozumieć, tylko żeby coś domknąć. Nie jest to błąd językowy. Jest to funkcja.

I o tą funkcję chcę tu zapytać, bo pop-psychologia pyta wyłącznie o formę. „Jak rozpoznać narcyza“. „Jak go zdemaskować“. „Jak od niego uciec“. Pytanie o formę zakłada, że wiemy, czym rzecz jest. Otóż nie wiemy. A im bliżej się przyglądamy, tym mniej słowo nadaje się na to, do czego go używamy.

Werdykt, nie opis

Kiedy ktoś mówi „to był narcyz", rzadko stawia diagnozę kliniczną. Wydaje wyrok.

I daje sobie tym wyrokiem coś cennego. Po doświadczeniu krzywdy dostaje ramę, granicę, nazwę. „Teraz wiem, z kim miałem do czynienia." To zdanie przynosi ulgę i ja tej ulgi nie lekceważę. Po latach dezorientacji, po relacji, w której nie dało się ustalić, kto tu właściwie zwariował, jedno słowo porządkuje chaos. Rozumiem, dlaczego ludzie po nie sięgają. Sam bym sięgnął.

Warto tylko zauważyć, jaki to rodzaj ulgi. Ulga moralna, nie poznawcza. Słowo dzieli świat na skrzywdzonego i krzywdziciela. Ofiarę i sprawcę. Kończy ambiwalencję. Jeszcze niedawno powiedzielibyśmy „drań", „dupek", „egoista“ (albo gorzej). Dziś mówimy „narcyz". Zamieniliśmy słowo moralne na słowo brzmiące klinicznie. Pożyczyliśmy sobie autorytet diagnozy, żeby rozstrzygnąć prywatny spór. To medykalizacja oceny moralnej, i działa tym lepiej, im bardziej brzmi specjalistycznie.

Sprawdźmy jednak skalę. Zaburzenie narcystyczne osobowości w sensie klinicznym jest rzadkie. Szacunki się rozjeżdżają, w zależności od metody i próby, od ułamka procenta do kilku procent populacji, z często przywoływaną wartością w okolicy jednego procenta. Te liczby są sporne i zależą od tego, jak się liczy. Tymczasem w mowie potocznej słowo „narcyz" opisuje sporą część byłych partnerów i przełożonych. Przepaść między tym, jak często używamy słowa, a tym, jak często istnieje rzecz, którą rzekomo nazywa, mówi wszystko. Słowo nie wykonuje pracy diagnostycznej. Wykonuje inną.

Ta inna praca bywa potrzebna. Po realnej manipulacji posiadanie kategorii chroni. Pozwala nie wracać, nie tłumaczyć drugiej strony w nieskończoność, nie brać winy na siebie. Niczego z tego nie odbieram. Mówię tylko: zauważmy, że to jest ochrona, a nie wiedza. Przytrzymajmy teraz to rozróżnienie, bo wróci na końcu i będzie najważniejsze.

Ale może słowo, choć nadużywane, wskazuje przynajmniej na coś realnego? Owszem. I to realne jest ciekawsze, oraz dużo trudniejsze do wskazania, niż karykatura, którą znamy z internetu.

Pancerz, którego może nie być

Najczęściej powtarzana teza brzmi: pod maską wielkości kryje się zranione, kruche dziecko. Narcyz to ktoś, kto w środku czuje się nikim, więc na zewnątrz musi być kimś.

Ta opowieść jest atrakcyjna z dwóch powodów naraz. Tłumaczy okrucieństwo i jednocześnie pozwala poczuć wyższość, bo my przejrzeliśmy grę, której on sam nie widzi. Daje nam pozycję kogoś, kto wie lepiej. Problem w tym, że dla narcyzmu wielkościowego dowody na ten ukryty deficyt są słabe.

Badania nad samooceną jawną i utajoną, które miały wykryć rozjazd między tym, co narcyz deklaruje, a tym, co czuje „naprawdę", nie dają spójnego potwierdzenia. Osoby o wysokim natężeniu cech wielkościowych często oceniają się wysoko także na miarach pośrednich, tych trudniejszych do świadomego podrasowania. Przerażonego dziecka może po prostu tam już nie być, albo nie być w takiej postaci, jakiej potrzebuje opowieść. Model maski traktuję dziś jako hipotezę słabo wspartą empirycznie, nie jako fakt, którym jest w pop-psychologii.

Gdzie więc pasuje historia o kruchości? Pasuje do innego narcyzmu. I tu zaczyna się prawdziwe zamieszanie.

Dwóch różnych ludzi pod jednym słowem

Narcyzm wielkościowy i narcyzm wrażliwy to dwa odmienne zjawiska, nie dwa odcienie jednego.

Wielkościowy: dominacja, urok, śmiałość, niski lęk, zajmowanie przestrzeni, niska neurotyczność. Bierze, co chce, i nie wygląda na cierpiącego. To obraz, który mamy w głowie, kiedy mówimy „narcyz".

Wrażliwy: nadwrażliwość na ocenę, wstyd, uraza, wycofanie, poczucie krzywdy, wysoka neurotyczność. Z zewnątrz przypomina raczej osobę lękową czy depresyjną niż aroganta. Takiego człowieka nie nazwiemy na ulicy narcyzem, bo on nie odgrywa wielkości. On ją skrycie pielęgnuje i krwawi, gdy świat jej nie potwierdza.

Popularna psychologia zna tylko pierwszego, ale tłumaczy go psychologią drugiego. Bierze zachowanie wielkościowego i podkłada pod nie zranione dziecko wrażliwego. Zgrzewa dwa fenomeny w jedną postać, po czym nie rozumie żadnego z nich. Stąd wieczna sprzeczność popularnych opisów: narcyz jest jednocześnie pewny siebie i głęboko niepewny, bezwzględny i przeraźliwie kruchy. To nie jest paradoks osobowości. To dwa różne profile sklejone taśmą.

Co nie znaczy, że nigdy się nie spotykają. W jednej osobie te stany potrafią oscylować. Wielkość załamuje się we wstyd i wściekłość, gdy zostaje zagrożona. To rana narcystyczna, która potem odbudowuje się na nowo. Modele spektralne narcyzmu opisują właśnie to wahadło, nie dwa osobne gatunki ludzi. „Oczywisty arogancki narcyz" jest po części artefaktem tego, że złapaliśmy kogoś w jednej fazie ruchu i wzięliśmy ją za całość.

Cecha, nie gatunek

Mówimy o narcyzmie tak, jakby był rodzajem człowieka. Jak grupa krwi. Albo się jest narcyzem, albo nie.

Lepsze dane wspierają obraz wymiarowy. Cechy narcystyczne rozkładają się w populacji w sposób ciągły, każdy z nas siedzi gdzieś na tej skali. Współczesne klasyfikacje, ICD-11 i alternatywny model w DSM, przesunęły się w stronę wymiarowego opisu osobowości właśnie dlatego, że twarda granica między „jest" a „nie ma" gubiła rzeczywistość.

Praktyczna konsekwencja jest niewygodna. Nie ma czystej linii, na której zdrowe poczucie własnej wartości staje się stylem narcystycznym, a styl staje się zaburzeniem. Gdzie postawimy cięcie, zależy częściowo od osądu klinicznego, a częściowo od decyzji wartościującej: ile skupienia na sobie dany kontekst toleruje. Ten sam poziom asertywnej pewności siebie w jednej kulturze i jednej roli uchodzi za przywództwo, w innej za napuszenie. Cecha obecna w pewnym stopniu u każdego, jest kiepską podstawą wyroku, który dzieli ludzi na rodzaje.

Skąd to się bierze, od najpewniejszego do najbardziej spekulatywnego

Etiologię ułożę od wyjaśnień najlepiej udokumentowanych do najbardziej interpretacyjnych. Spadek pewności w trakcie tej listy sam w sobie jest informacją, więc go zaznaczam, zamiast udawać, że wszystkie te poziomy mówią nam coś z równą mocą.

Najpierw temperament. Badania bliźniąt wskazują na umiarkowaną odziedziczalność cech narcystycznych. Część tego, co potem nazywamy narcyzmem, przychodzi na świat razem z nami, a nie wyłącznie z wychowaniem. To już rozbraja odruchowe o historyczne „wina matki". Coś przynosimy ze sobą, zanim ktokolwiek zdążył nas skrzywdzić albo rozpieścić.

Dalej rozwój, i tu jedno z najprecyzyjniejszych ustaleń, którego popkultura nie używa. W badaniach podłużnych nad dziećmi (linia badań Brummelmana i współpracowników) rozdzielono dwie rodzicielskie ścieżki o dwóch różnych skutkach. Rodzicielskie przecenianie, komunikat „moje dziecko jest wyjątkowe, zasługuje na więcej niż inne", przewiduje narcyzm. Rodzicielskie ciepło, czyli zwykła czułość i przekaz „lubię cię, jesteś dla mnie ważny", przewiduje zdrową samoocenę, a nie narcyzm. To rozcina spór, który w wersji popularnej jest źle postawiony. Pytanie „czy narcyzm bierze się z rozpieszczenia, czy z zaniedbania" dotyczy głównie ilości uwagi. Tymczasem rzecz nie w ilości a w jakości. W treści przekazu o wartości dziecka i w tym, pod jakim warunkiem ta wartość obowiązuje. Nie „ile", tylko „co zostało zakomunikowane".

Niżej psychodynamika, dwa modele w jawnym napięciu. Kohut: deficyt. Dziecko nie zostało wystarczająco odzwierciedlone, nie mogło w regulowany sposób idealizować i być podziwiane, więc self organizuje się wokół zdobywania tego, czego brakło. Kernberg: konflikt. Wielkościowe self jest obronną konstrukcją przeciw pierwotnej zawiści i agresji. Zwracam uwagę, że te ujęcia przeczą sobie trochę w punkcie wyjścia, deficyt kontra obrona, oba są klinicznie płodne i żadnego nie da się łatwo przetestować. Traktuję je jako soczewki, nie jako wyniki. To jest poziom teorii, nie danych.

Najniżej style charakteru, w tradycji Johnsona czy Lowena. Opisowo najbogatsze, empirycznie najsłabiej zakotwiczone. Styl narcystyczny jako rozwojowy układ: realne self okazało się nie do przyjęcia, więc dziecko wymieniło je na wyidealizowany obraz, który był akceptowany. Dorosły broni potem tego obrazu, bo prawdziwe self wciąż czuje się jak obciążenie. W wersji bioenergetycznej Lowen pisze o narcyzmie jako zaprzeczeniu prawdziwego self, z odpowiednikami w ciele. Uważam to ujęcie za bardzo użyteczne klinicznie, bo oddaje odczuwaną od wewnątrz logikę procesu i to, jak to jest być w tym mechanizmie uwięzionym. Tylko musomy to powiedzieć jasno: to jest sposób widzenia, nie dowód. Wzięte za dowód staje się niefalsyfikowalne, bo wszystko potwierdzi. Wzięte za mapę fenomenologiczną jest bardzo cenne.

Sens tego gradientu jest następujący. Im niżej schodzimy, tym mniej wyjaśnienia opisują człowieka, a tym bardziej opisują proces regulacji. Regulacji własnej wartości, wstydu, tego, kim wolno być. Im głębszy opis, tym mniej widać esencję, a tym wyraźniej widać coś, co ktoś robi, w większości bez wyboru, żeby przetrwać określony problem z własną wartością.

A procesu regulacji nie da się skazać. Można nim zostać zranionym. Można od niego odejść. Ale „narcyz" jako wyrok potrzebuje esencji, potrzebuje rodzaju człowieka. Lepsze wyjaśnienia takiej esencji nie dostarczają.

Z naszej strony biurka

Jest jeszcze jedno miejsce, w którym to słowo pada, i bywa najmniej spodziewane. Gabinet. Superwizja. Interwizja. Korytarz, na którym wentylujemy się po trudnej sesji. „Narcyz", „border", „roszczeniowa", „oporny na leczenie" padają z ust specjalistów o pacjentach, których właśnie próbujemy leczyć.

Jak często, tego nikt nie zmierzył, więc nazywam to impresją, nie danymi. Ale impresją powszechną i wartą obejrzenia, bo mechanizm jest dokładnie ten sam co u laika, tylko lepiej uzbrojony w alibi.

„Ona jest taka borderline" najczęściej nie opisuje pacjentki. Opisuje stan terapeuty. Znaczy „czuję się wciągany, bezradny, manipulowany". To uczucie przebrane za diagnozę. Etykieta robi z dyskomfortem klinicysty to samo, co u laika z krzywdą: przenosi stan wewnętrzny w cechę drugiej osoby. Z tą różnicą, że mamy na to termin z podręcznika, więc to przeniesienie wygląda na wiedzę.

Najtrudniejszy jest drugi ruch: pogarda jako obrona przed własną bezradnością. Kiedy proces nie idzie, nazwanie pacjenta „opornym" albo „strukturalnie narcystycznym" zamienia naszą niemoc w jego patologię. Problem przestaje być po naszej stronie. To najmniej wybaczalne użycie i często najlepiej zamaskowane. Niemoc kompetencyjna ubrana w kompetencję.

I trzeci, cichszy: sygnał przynależności. Rzucenie terminem w udawaniu bycia kimś, kto „widzi strukturę". Ta sama wyższość, którą opisałem przy modelu maski, „przejrzałem grę", tylko w wersji cechowej i w gronie, które ją nagradza.

Można w tym miejscu pomyśleć, że to kłopot tradycji diagnostycznych, psychodynamiki i psychiatrii, a my, pracujący w ACT czy Gestalcie, jesteśmy z tego wyłączeni, bo tych słów nie użyjemy. Różnica jest realna, tylko nie tam, gdzie ją lokujemy. Ujęcia strukturalne nazywają strukturę osoby. ACT zastępuje syndrom analizą funkcjonalną, Gestalt zastępuje diagnozę fenomenologią kontaktu. To są podejścia zaprojektowane tak, by wskazywać proces i pole, a nie esencję, i pod tym względem faktycznie są odporniejsze na wyrok.

Tyle że zmiana słowa nie jest zmianą funkcji. „Cała w konfluencji", „unikający doświadczenia", „zretroflektowany na maksa", „nie ma z nią kontaktu" potrafią nieść tę samą pogardę i wykonywać tę samą pracę co „narcyz": zamieniają moją bezradność w jego defekt. Najczystszy słownik procesualny staje się wtedy nowym dialektem starego ruchu. A samo przekonanie „moje podejście nie etykietuje" jest dokładnie tym sygnałem przynależności, który opisałem przed chwilą, tyle że wygłoszonym z pozycji wyższości wobec tych, którzy etykietują. Forma się uszlachetnia, funkcja zostaje.

Nie chodzi o to, że specjaliści też są źli. Istnieje użycie czyste: skrót do oceny ryzyka, planu leczenia, komunikacji w zespole. Sedno jest inne, i jest to dokładnie sedno tego tekstu, obrócone na nas samych. Granica nie biegnie między laikiem a specjalistą. Ani między modalnością, która diagnozuje, a tą, która się diagnozy wystrzega. Biegnie między funkcjami tego samego słowa. Czy w danej chwili słowo idzie w stronę pacjenta, czy reguluje stan mówiącego. Ta sama forma, przeciwne funkcje. I granica ta przebiega także przez gabinet.

Koniec ciekawości

Wróćmy do nieobecnego trzeciego z początku. Dlaczego go nie ma w gabinecie?

Czasem dlatego, że nigdy by nie przyszedł, i to też jest część obrazu. Osoby o silnych rysach narcystycznych rzadko zgłaszają się z powodu samego narcyzmu, bo z ich perspektywy problem jest na zewnątrz. Ale jest i drugi powód, ważniejszy dla nas. Słowo jest tak zbudowane, żeby tę osobę trzymać poza zasięgiem. Nazwać kogoś narcyzem znaczy ogłosić, że rozumienie nie jest już potrzebne. Sprawa zamknięta. To jest właśnie funkcja, od której zacząłem.

I tu kryje się paradoks. Po słowo „narcyz" sięgamy najczęściej dokładnie w chwili, w której najmocniej potrzebujemy kogoś nie rozumieć. Nie z lenistwa. Z rachunku. Rozumienie kosztowałoby za dużo, bo wymagałoby utrzymania dwóch rzeczy naraz: tego, że ta osoba mnie skrzywdziła, oraz tego, że krzywda wyrosła z jej własnej, zapętlonej relacji z poczuciem wartości. Ambiwalencja jest droga. Etykieta jest tania i skuteczna. Pozwala kogoś odłożyć na półkę i odejść z czystymi rękami.

I bywa, że to jest dokładnie słuszne. Jeśli ktoś cię krzywdzi, nie jesteś mu winien żadnych konceptualizacji. Najpierw odejdź, a zrozum później (albo nigdy). Tego bronię bez wahania i nie chcę, żeby cokolwiek powyżej brzmiało jak namowa do współczującego wnikania w człowieka, który robi ci krzywdę.

Warto tylko wiedzieć, którą z dwóch rzeczy się właśnie robi. Diagnoza potrafi być początkiem kontaktu, patrzy się bliżej po to, żeby pomóc. To samo słowo, te same litery, bywa końcem kontaktu przebranym w język wglądu. I nie rozstrzyga o tym to kto je wypowiada, laik przy kawie czy klinicysta na superwizji. Rozstrzyga to, w którą stronę słowo idzie: ku drugiemu człowiekowi, czy z powrotem ku nam, po ulgę. Obietnica, że wyjaśniamy kogoś, najczęściej oszczędza nam trudniejszego i uczciwszego przyznania: że postanowiliśmy przestać patrzeć. A zwykle mieliśmy dobry powód.